Australia

To dość późny wpis. Powinnam była go napisać już parędziesiąt miesięcy temu. Ale nie jestem w tym najlepsza. Do napisania skłoniły mnie opale, które znów wyciągnęłam ze swojej szuflady i pomyślałam, że dobrze by było o nich opowiedzieć.

Jakiś czas temu, na zaproszenie dyrektorki Sydney Art School przyjechałam do Australii, aby tam uczyć techniki metal clay. Przyjazd do Australii od dawna był moim wielkim marzeniem, dlatego podjęcie decyzji o wyjeździe nie trwało długo. Na zdjęciach, oprócz mnie, jest seria tutoriali, które stworzyłam specjalnie dla Sydney Art School. 

Oczywiste jest, że pierwszego wolnego dnia wybrałam się zwiedzać. Oczywiste jest, że punkty jak: głaskanie koali, kangura, selfie z quokką, zobaczenie Sydney Opera House poszły na „pierwszy ogień”. Poszukiwanie dziobaka trwało znacznie dłużej, wymagało odwiedzenia 5 zoo, ale w końcu się udało. 

Moja podróż oczywiście miała silne związki z jubilerstwem. Ten kraj słynie z bogactwa kamieni szlachetnych, nietypowych roślin i innych materiałów. Kto nie słyszał o opalach australijskich? Zdjęcie poniżej to Sydney Aquarium, które stało się jednym z moich ulubionych punktów w tym mieście. Dwa kamienie obok to moje opale, które sama wykułam ze skały. Ale o tym później. Mają one głębokie warstwy, które hipnotyzują. Im bardziej się w nie patrzy, tym bardziej sprawiają wrażenie, że coś się w nich rusza, coś się tam dzieje. Niesamowicie przypominają mi wody oceanu.

Kolejnym miejscem cudów jest sam busz. Sydney jest niezwykłe pod względem współistnienia z przyrodą, w porównaniu do miast europejskich. Na terenie samej aglomeracji jest bardzo dużo parków narodowych, które tworzą sieć dla turystów podróżujących pieszo po lesie, np. przykład Berowra Valley National Park. Co można spotkać w buszu? Okazało się, że pająki i węże wcale nie wychodzą tak chętnie na spotkanie (i bardzo dobrze). Można spotkać bardzo dużo pięknych papug, np. Rainbow Lorikeet i wszędobylskie kakadu.

To moja kolekcja ich piór, które można pozbierać, jeśli podczas spaceru jest się uważnym. Stworzyłam nawet po powrocie pracę, która wykorzystuje pióra Lorysy tęczowej. Nazywa się Balans.

Busz ma piękny zapach. Zupełnie inny niż lasy europejskie. Lekko cytrynowo-miodowo-eukaliptusowy. Bo oczywiście składa się głównie z drzew eukaliptusa. Odkryłam, że żywica tego drzewa wygląda jak krew. Oczywiście pozbierałam nieco kory eukaliptusa i jego sok. I choć wyglądało mi to na początku na miejsce zbrodni, potem spotkałam zbyt wiele podobnych drzew (które ładnie pachniały) i uspokoiłam się, że to tylko ich żywica. Czyli kauczuk, bo eukaliptusy nazywa się również „Gum Tree”.

 

W lasach można było również znaleźć banksje. Są to rośliny typowe dla Australii, które puszysty kwiatostan zamienia się potem w zdrewniałą szyszkę. Na początku wygląda ona dość przerażająco (jak kokon z dziurami), ale po wypolerowaniu nabiera niesamowitej formy. Ich również przywiozłam z powrotem obszerną reklamówkę. Część już wypolerowałam i wypełniłam olejkiem o zapachu buszu australijskiego.

 

Obok drewnianych owocostanów banksji leżą moje inne skarby. Poznałam tam zawodową poszukiwaczkę kamieni szlachetnych, od której kupiłam parę skarbów. Kwarce dymne czekają na wypolerowanie, ale proszę zwrócić uwagę na to cudo o niebiesko-lodowym kolorze. To jest „Diament Killiecrankie”, czyli specjalny rodzaj topazu, który można znaleźć tylko na Flinder’s Island. Więcej o tym wspaniałym kamieniu można przeczytać tutaj.

Kiedy go kupiłam wyglądał jak zwykły, zamglony otoczak szkła. Po wypolerowaniu okazało się, jak piękny jest w środku.

 

Czeka na godną oprawę. Poza tym skarbem zdobyłam również 2 czarne turmaliny. Z jednego z nich powstał już naszyjnik, o którym można poczytać tutaj:

Starałam się wykorzystać każdy dzień maksymalnie. Nie wahałam się więc lecieć na drugi koniec kontynentu, żeby poznać osobiście sławnego polskiego jubilera Andrzeja Wyspiańskego. Pan Wyspiański słynie z tworzenia biżuterii z tytanu, głównie z motywami kwiatowymi. Był pionierem tej techniki w Polsce, a obecnie jego prace są rozpoznawane na całym świecie. Ja sama mogłam nawet przymierzyć kilka skarbów. Pan Wyspiański jest przede wszystkim rzeźbiarzem, a jedna z jego prac stoi na przykład na Rynku we Wrocławiu.

Zostałam przyjęta niezwykle serdecznie i ciepło. Miałam szansę zobaczyć wnętrze jego pracowni, podpatrzeć go przy pracy z tytanem, nawet dostałam na własność kilka tytanowych blaszek pochodzących ze starego samolotu! Na razie czekają, aż coś z nimi zrobię. A zrobię na pewno.

Pojechaliśmy razem do zoo Steve’a Irvine’a. Tak! Do zoo rodziny Łowcy Krokodyli. Pech chciał, że przyjechałam równo z nadejściem pory deszczowej.

A nadeszła tak gwałtownie, że prawie zalało drogi. Padało. Bardzo padało.

Na odjezdnym, oprócz szansy nakarmienia Kukaburry (ogromnego australijskiego zimorodka) dostałam najwspanialszy prezent! Wielki głaz z opalami! Adam Wyspiański, jako rzeźbiarz, często wykorzystuje ten właśnie materiał w swojej pracy. Płaszczka na zdjęciu poniżej jest wykonana właśnie ze skały z żyłami opalu i pozłoconej miedzi.

Głaz, który dostałam, ważył chyba z 10 kg. Z związku z tym, zamiast samolotem, wracałam szczęśliwa autobusem (chyba 16h) wioząc go w plecaku. Mieliśmy 2h postój w Surfer’s Paradise (ah te nazwy miast w Australii!!!) i tam zobaczyłam swojego pierwszego surfera! Niestety – wcale nie tak łatwo ich zobaczyć, zwłaszcza w Sydney. Akurat było tuż po sztormie, to i surferów nie było dużo. Ale było za to kilka muszelek, które pozbierałam.

Z jednej z tych muszli też wykonałam już naszyjnik o nazwie „Usta”.

 

Po dojechaniu do Sydney rzuciłam się na swoją skałę z młotkiem i łupałam jak opętana przez 3 dni.

To tylko namiasta tego, co wyłupałam. Część oddałam do szlifowania (inwestując w to swoją emeryturę), część pozostała w stanie surowym. Wstyd się przyznać, ale do tej pory zrobiłam tylko jedną pracę z opalem z Australii. Szkic tej pracy zrobiłam w porcie w Sydney, tuż przed oceanarium. Nazwałam ją „Dama Ważek„.

 

Poza podróżowaniem, wolne dni schodziły mi też na projektowaniu dla Sydney Art School, zwłaszcza na przygotowywaniu otwartej lekcji pokazowej. Najlepiej takie rzeczy robić na plaży.

Po powrocie wykorzystałam ten szkic i twarz, która powstała w trakcie lekcji pokazowej, do stworzenia tej bransolety: Duch fiołków.

Kolejnym miejscem, które odkryłam, był las deszczowy Blue Mountains. Zgodnie z powiedzeniem „głupi ma szczęście”, trafiłam tam zupełnie przez przypadek, nie wiedząc dokąd jadę, ile mi to zajmie i co mnie czeka. Okazało się, że szczęście mnie nie opuszczało. Kiedy tylko dowiedziałam się, że miejsce przede mną to las deszczowy, wlazłam bez wahania (sama). Dookoła były papugi i motyle i dźwięk srebrnych dzwoneczków, które okazały się być wszechobecnymi, ukrytymi ptaszkami. Niesamowite wrażenie. Nie było węży i pająków. Były indyki.

W pewnym momencie znalazłam swój pierwszy wodospad. To na zawsze będzie jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu.

To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Wróciłam do domu późno w nocy, pociągiem, z głową szumiącą od szczęścia. Ale apetyt na przygody rósł. Wypożyczyłam motocykl o pojechałam zobaczyć oddalone o 400 km od Sydney Obserwatorium Astronomiczne w Parkes. Trasa biegła przez las deszczowy, przez góry, przez pustynię. Kiedy tylko przejedzie się za góry, wszędzie roztacza się smród padliny. Zliczyłam po drodze ponad 20 rozkładających się trupów kangurów, które są wielkości człowieka. Kiedy tylko przystanie się, żeby napić się wody, od razu obsiadają człowieka stada much. Dziwny kraj. W drodze powrotnej GPS mnie oczywiście zgubił, zgubił też zasięg i wywiózł głęboko na pustynię. Na szczęście, kiedy stałam sama na drodze, przejeżdżał samochód. Jego prowadząca, zdziwiona moją obecnością, zapytała, czy potrzebuję pomocy. Okazało się, że potrzebowałam bardzo, bo zamiast na Pacific Highway w Sydney, GPS kierował mnie na PACIFIC HIGHWAY które biegnie wzdłuż sporej części wschodniego wybrzeża. Będąc na motocyklu jechałam tylko na słuchawkach, nie mając wsparcia w widoku ekranu. Trasa do Parkes zajęła mi 8 h (przez góry), a z powrotem 12 h.

Do Parkes dojechałam nocą i od razu pojechałam zobaczyć obserwatorium. Dobrze, że oparłam się pokusie położenia się na ziemi, bo następnego dnia znalazłam tam tabliczkę:

Beware of snakes – uwaga na węże

 

Jak wspomniałam – z każdą przygodą apetyt rósł. Wyruszyłam więc niebawem na pustynię, do Ayers Rock, czyli zobaczyć świętą górę Aborygenów – Uluru. W ogóle starałam się dowiedzieć trochę więcej o tej kulturze. Odwiedziłam więc w Sydney muzeum ze sztuką Aborygenów, byłam też na nocnym spotkaniu w Ogrodzie Botanicznym słuchać o aborygeńskich legendach o gwiazdach i ich połączeniu z cyklami przyrody. Tam były pająki.

pająki w ogrodznie botanicznym w Sydney

Wybrałam się też znów do buszu odszukać zabytkowe rysunki skalne w rejonie Sydney – Bulgandry Aboriginal Site.